Kiedy papież ogłosił, że kończy się świat, był złoty, wczesnojesienny wieczór. Nadchodziła noc.
W Watykanie i dookoła niego zebrały się miliony wiernych. Chociaż nigdzie nie było kamer ani mikrofonów, każde radio i każdy kanał emitował relację z przemówienia. Plac pełen był telewizorów. Na ekranach widać było tylko papieża – żadnych napisów, żadnych dziennikarzy. Oni też słuchali, patrzyli w milczeniu.
Przez chwilę wydawało się nawet, że ucichły huki bomb. Na tym, co pozostało z Afryki, walczyło ze sobą ponad miliard żołnierzy o skórze w każdym kolorze, mówiących w każdym języku. Drugi miliard siedział w obozach, krwawiąc, wyrywając sobie pisma pornograficzne czy też jedząc kolację. Niektórzy oglądali transmisję. Ale nie było ich wielu.
W Watykanie, stojąc na szczycie drugiej, wciąż nieukończonej wieży Babel, wieży, która sięgnęła nieba, kosmosu i, przynajmniej według planu głównych architektów, była bliska sięgnięcia Boga, papież mówił o końcu świata. Mówił o tym, że należy umrzeć, by zmartwychwstać, że trzeba przejąć władzę nad tym wrakiem świata, który nam pozostał, zakopać w błocie niewiernych, sprawić, by wszyscy pokochali wszystkich, wznieść wielkie miasto z połamanych krzyży, pereł i srebra, a następnie zamknąć w jego bramach tych, którzy godni są wstąpienia do Królestwa Niebieskiego i tam przebić ich serca drzazgą ze świętego krzewu, by mogli wyrwać się z objęć tej okrutnej rzeczywistości.
Świat się kończy. Świat umiera. Należy więc porzucić go z pieśnią na ustach, iść dalej.
I kiedy tak mówił, nagle obok niego pojawiła się Szeherezada.
Obramowana srebrem i światłem wieży, przypominała cień – ciemna jak czekolada, o włosach barwy kruczych piór, ustach przypominających płatki zwiędłych róż i oczach głębokich niczym jeziora nocą. Ludzie, ujrzawszy na ekranach telewizorów młodą, choć jednocześnie bardzo starą twarz, poznali ją od razu. Szeherezada spojrzała na nich ze smutkiem i zmęczeniem.
- Co tu robisz? – spytał papież po długiej chwili ciszy. Przerwała mu, gdy zaczął mówić o Wielkiej Stalowej Bestii i Niewieście stojącej na księżycu – drugiej Statui Wolności, którą amerykanie wznieśli, by przypomnieć, do kogo owy księżyc należy. Lubił ten temat i zdenerwowało go, że mu przeszkodzono.
- Przyszłam – odpowiedziała Szeherezada. Miała przyjemny, niski głos. – Dawno temu opowiadałam mojemu najdroższemu mężowi historie. Rodziły się w nocy, umierały w dzień, a z ich popiołów wykluwały się kolejne. Jak feniksy. Nie chciałam, by mnie zabił – dlatego zamiast siebie poświęcałam opowieści. Łamałam je na pół. Czy to nie w porządku?
Być może każdy z ludzi zebranym w Watykanie znalazłby dla niej odpowiedź. Niektórzy nawet wypowiedzieli ją na głos, choć cicho, pod nosem. Mała dziewczynka w pomarańczowej sukience ścisnęła pluszowego misia i wyszeptała mu coś do ucha. Nie powtórzyła tego nikomu innemu – była bardzo dyskretną młodą damą.
Papież milczał długo. W końcu zacisnął usta, odwrócił się i zniknął z zasięgu wzroku nieistniejącej kamery. Tak po prostu. Szeherezada nie patrzyła za nim. Patrzyła na ludzi – na każdego z osobna.
- Przyszłam, bo pomyślałam, że jestem coś winna moim historiom. Był taki czas, gdy miałam trzech synów. Jednego zabiła starość. Drugiego zabił ogień. Trzeciego próbowała zabić kobieta, którą kochał, jednak gdy jej się nie powiodło, zabił się sam. Wieki temu obrócili się w proch. A jednak wciąż pamiętam, jak karmiłam każdego piersią. To wciąż gdzieś we mnie jest. Więc są tam także moje kalekie historie. Być może to one teraz poświęcają mnie zamiast siebie. Kiedyś musi nadejść ta chwila. I chyba właśnie nadeszła, prawda?
Słońce zaszło. Oczy otworzyła noc. Tysiące ekranów lśniły w ciemności srebrzyście, jak małe gwiazdy. Całe konstelacje gwiazd wyściełające ziemię Watykanu.
- Przyszłam, by opowiedzieć wam baśń. Inną, niż wszystkie do tej pory. Posłuchajcie…
Słuchali. A Szeherezada opowiedziała baśń tysiąc drugiej nocy.


Y.E.N., Jesus, The Twenty-Eight Buddhas & Co.